To nie będzie polityczny wpis, chociaż zahaczy o urzędowe sprawy.

Od początku roku staramy się dopiąć wszelkie formalności związane z wybudowaniem domku letniskowego na naszej działce.

Podkreślam DOMKU LETNISKOWEGO na NASZEJ DZIAŁCE.

Nic nie jest jednak tak proste jak zakładaliśmy. Pierwsze z czym się stykamy to odmowa od wodociągów dotycząca przyłącza wody. Ale to akurat wychodzi nam na plus, bo kierownik w wodociągach zaproponował nam tańsze i korzystniejsze rozwiązanie.

Druga rzecz to zgłoszenie w urzędzie powiatowym budowy domku letniskowego. Nie dość, że moja działka to jeszcze muszę pytać o pozwolenie. Ok, rozumiem, że są tam specjalne wymogi i działka leży w specjalnej strefie utrudnionych warunków ale wystarczyłby mi do tego plan zagospodarowania przestrzennego zgodnie z którym powinnam budować moją „ogromną twierdzę”. Bo i tak składając tam dokumenty muszę wiedzieć co ten plan zakłada.

Niestety tak nie jest i trzeba zmierzyć się z urzędem i urzędnikami, którzy śmiejąc się w twarz tłumaczą zawiłość wniosku, który trzeba wypełnić.

Do absurdu dochodzi w momencie kiedy Pani mnie informuje, że muszę podać kolor domku? Ale ja sama nie wiem jaki będzie kolor, zdecyduję jak postawię.

Wtedy będę próbować i dopiero podejmę decyzję. Co dostaję w odpowiedzi?

„Nie! Nie może Pani później, musi Pani to napisać w dokumencie”.

Mało tego.  Szanowny urząd potrzebuje wiedzy o tym czym pokryje swój domek. Potrzebuje wszystkie przekroje, szerokości, wysokości, rodzaj materiałów i masę zapewnień, że domek się nie spali. Urząd koniecznie musi wiedzieć co do centymetra gdzie stanie mój „ogromny” domek. Gdzie będą okna i gdzie ich nie będzie. W przeciwnym razie będzie odmowa.

Pani w urzędzie mówi to z takim przekonaniem, że boję się jej patrzeć w oczy bojąc się aresztowania. Pręży się i wyraźnie jest dumna z tego, że ona wie coś o czym ja nie mam zielonego pojęcia. Skreśla pierwszy mój przygotowany wniosek z taką pogardą jaką czułam ostatnio gdy nauczycielka polskiego mazała po moim dopieszczonym wypracowaniu krzycząc przy tym: DWÓJA, DWÓJA!!!

W ciszy zastanawiałam się tylko co by było jakbym chciała postawić prawdziwy dom. Szczerze? Już mi się odechciało.

Podkreślam raz jeszcze, domek stanie na mojej działce, kupionej za moje pieniądze, nie dostałam dotacji od gminy ani znikąd. To moja działka, ale państwo musi wiedzieć co, jak, kiedy, gdzie. Musi wiedzieć jaki kolor domku będzie i dokładnie w którym miejscu stanie.

Nie możesz go w momencie robienia np. wylewki przesunąć, bo wniosek będzie nie ważny.

I kolejna rzecz, tak na dokładkę, która z góry wydawała mi się najprostsza i najszybsza do zrobienia.

Prąd. W styczniu podpisana umowa, a do dziś nie wiadomo kiedy go podłączą, bo w umowie mają 1,5 roku!!!

Tak to wszystko wygląda. Od stycznia męczymy się z formalnościami. Na szczęście wszystko zmierza ku szczęśliwemu końcowi i najpóźniej w czerwcu będziemy prawdziwymi letnikami 🙂

A tymczasem idę oglądać „Alternatywy 4” bo tamte czasy są wciąż aktualne.