Hollywood rzadko sięga po gatunek jakim jest musical. Ale jak już sięga, to robi to z rozmachem.

„La la Land”, najnowsze dzieło niezwykle uzdolnionego, młodego Damiena Chazelle, twórcy oskarowego Whiplasha to obsypany Złotymi globami film obok którego nie można przejść obojętnie. Słysząc słowo musical wielu z nas zareaguje alergicznie. To samo było ze mną. Ale zachwyt nad nim znawców filmowych na całym świecie, urok Ryana Goslinga i Emmy Stone sprawił, że zasiadłem na kinowym fotelu.

Po kilkudziesięciu minutach projekcji zacząłem się wiercić na swoim miejscu. Wszystko niby było ładne, miłe i przyjemne ale nic więcej. Pomyślałem sobie, że to pewnie przez to, że byłem nastawiony na fajerwerki. A tu tylko zgrabna, banalna historia, których wiele w kinie amerykańskim.

Jakie było moje zaskoczenie gdy w pewnym momencie film zaczął uderzać z całą swoją mocą. Nie wiem co to było ale przykuło moją uwagę już do samego końca. Nie przeszkadzało mi już to, że aktorzy na scenie tańczą i śpiewają. Nie przeszkadzało mi to, że unoszą się w powietrzu i lecą do gwiazd. Nie przeszkadzało mi już nic, bo wszystko to stanowiło nieodłączną część tego barwnego widowiska. A bohaterowie w nim byli zwykli, prawdziwi mimo całej tej otoczki.

Sebastian (Gosling) i Mia (Emma Stone) poznają się na autostradzie w sytuacji, której daleko do określenia „miłość od pierwszego spojrzenia”.

Oboje mają sprecyzowane marzenia. Ona bywalczyni niezliczonych castingów marzy o aktorstwie. Pracuje w barze w jednym z hollywoodzkich studiów filmowych. On utalentowany klawiszowiec jazzowy kocha swoją pracę i marzy o otworzeniu klubu jazzowego z prawdziwego zdarzenia.  Oboje brną za wszelką cenę do realizacji tych pragnień. Wspierają się i napędzają. Na końcu pozostaje tylko pytanie czy są w stanie poświęcić swoją miłość na rzecz tego o czym  marzą.

Znalezione obrazy dla zapytania la la land

„La la land” to nietypowy musical. Jego pierwsza połowa to z pewnością taniec, kolory, świetnie dobrana muzyka. To powolna historia, która momentami mydli nam oczy swoją banalnością. Usypia i mami.

Druga połowa to urokliwa, miłosna opowieść gdzie musical odchodzi na plan dalszy. Muzyka i śpiew nadal nas nastraja ale coraz mniej już motywów charakterystycznych dla tego gatunku.

W „La la land” brak typowego happy endu, ale widz z pewnością nie wyjdzie z kina nieusatysfakcjonowany. To można by rzec film o marzeniach, które się spełniają. Ale gdy czegoś tak mocno pragniemy to musimy sobie zdać sprawę, że wszystko ma swoje koszty.

„La la land” to nie „Mamma Mia”. „La la land” to nie „Deszczowa piosenka” ani „Grease”.” La la land” to romans gdzie dwoje młodych ludzi zakochuje się w swoich marzeniach tak bardzo, że zapomina o tym dlaczego zapałali do siebie miłością.