Kiedyś słyszałem taki dowcip, że święto Trzech Króli to święto pierwszych komunistów!

Bo mówi o trzech potężnych władcach, którzy przyszli ze wschodu, przyświecała im gwiazda i parli do żłobu.

Dodatkowo ci faceci byli ubrani bardzo dziwacznie. Mieli kolorowe szaty, na nich gwiazdki i inne ozdoby. Przemierzali szmat drogi tylko dlatego, że prowadziła ich jakaś gwiazda będąca zapowiedzią, że gdzieś w odległym miejscu narodził się król wszystkich królów. Na szczęście gdy dotarli na miejsce narodzin nie odebrali dzieciątku wszystkiego jak przystało na komunistów, tylko wręcz przeciwnie obdarowali go różnymi darami. Złożyli mu pokłon mimo, że w zwykłej, obskurnej stajence nie zastali potężnego Boga zstępującego z nieba, patrzącego na nich z groźną miną. Zobaczyli zwykłą matkę trzymającą na rękach zwykłe niemowlę. Mimo tego uwierzyli, że to własnie ono jest tym dla którego przemierzyli taki szmat drogi. Jednym słowem, że ono jest szefem wszystkich szefów.

Pisze o tym bo to idealnych przykład tego, że pozory mylą. Że siła i potęga nie tkwi gdzieś na zewnątrz, tylko jest głęboko schowana, a my często szukamy jej tam gdzie jej nie ma. Szukamy swoich idoli koncentrując się na ich blichtrze. Ci z kolei „napinają się“ dla nas gdy tylko chcą zaprezentować swoją siłę. Bo przecież nikt tak ważny nie mógłby się pokazać w tak lichym i zwyczajnym żłobku bez fanfar, bez rozgłosu. Dla nas, współczesnych jest to nie do pomyślenia.  Zwracamy tylko uwagę na to co się świeci. Bezrefleksyjnie pomijamy tych z pozoru niewidocznych.

A warto czasem spojrzeć w niebo, znaleźć swoją gwiazdę, pójść za nią i nie bać się tego, że zaprowadzi nas w miejsce, które będzie wyglądało na mało ciekawe. Bo być może czeka właśnie tam na nas ktoś, kto w końcu szczerze nas wysłucha.