Cieszymy się bardzo, że wchodząc w nowy, 2017 rok, z poprzedniego możemy odhaczyć kolejne marzenie. Marzenie podróżnicze, te najprzyjemniejsze. Tajlandia. Planowanie tego wyjazdu zajęło nam trochę czasu. Odwlekaliśmy go kilka razy. Tym razem się udało. Ostatnio nawet robiąc porządki w swoim pokoju znalazłem niepotrzebną, zapisaną parę lat temu kartkę. A co na niej? Kilka słów: Tajlandia, wyliczenie kosztów wyjazdów, plan podróży itd. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że wszystko się zgadza. Koszty wyszły dokładnie takie jakie zaplanowaliśmy a plan wyjazdu zgadzał się co do joty. Od teraz zacznę chyba notować sobie kolejne takie plany. Będę je chował gdzieś skrzętnie w mieszkaniu i czekał na ich spełnienie.

Tajlandia parę lat temu wydawała się nam krajem dość egzotycznym. Koszty takiej wyprawy nie były małe. Teraz w czasach niskiego zainteresowania Egiptem, Tunezją, Turcją Polacy szukają nowych destynacji. Biura podróży obniżają ceny wakacji egzotycznych, a Tajlandia zaczyna być już w zasięgu przeciętnego Polaka. Nie rzadkie są już ceny w zakresach 3500-4000 zł za pobyt 10 dniowy na Krabi w okresie jesiennym.

My nie korzystamy z ofert biur podróży. Wszystko organizujemy sobie sami. Zakupiliśmy parę miesięcy wcześniej bilet liniami Qatar Airways, zabukowaliśmy kilka hoteli, nakreśliliśmy odpowiedni plan pobytu, przejrzeliśmy przewodnik Lonely Planet, który dostałem z dużym wyprzedzeniem na urodziny i ruszyliśmy w drogę jak zwykle z ogromną ciekawością co nas spotka. Plan był nieskomplikowany:

Bangkok – Kambodża – Bangkok – Krabi – Bangkok

Od czasu naszej ostatniej wyprawy do Meksyku minęło już trochę czasu. Ciekawi byliśmy głównie ludzi. Czym się różnią od tych z Ameryki.

Mnie najbardziej kręcą doświadczenia z takich wyjazdów. W różnych miejscach doświadczamy różnych rzeczy. A to jest coś czego nie nauczy nawet najlepszy uniwersytet.

Na pierwszy ogień poszedł Bangkok.

Gdy znalazłem się w jego środku zrozumiałem najpierw jedno, że pojęcie komunikacyjnego korka może mieć wiele znaczeń. Te tam oznacza wieczną udrękę, w każdym kierunku i o każdej porze. Najlepsze jest to, że mieszkający tam ludzie nie wyglądają na takich co by się tym przejmowali. Nie wiszą na klaksonach, spokojnie czekają na swoją kolej. A słowo „czekają” tutaj stanowi synonim wieczności.

Miało to też swoje pozytywy. Z okien taksówek, tuk-tuków mogłem przyjrzeć się spokojnie gwarowi tej wielkiej aglomeracji. Czasami patrząc przez 15 minut w jeden kadr za oknem czułem jak „wciągam” ten klimat. Niezliczone garkuchnie z przepysznym jedzeniem , wszędobylskie salony masażu, uśmiechnięci, życzliwi Tajowie, niezliczone neony, pstrokata, bez składna infrastruktura sprawia, że można to miasto kochać lub nie cierpieć.

Kumple 😉

Ja gdy zacząłem po nim spacerować bez celu, polubiłem te miasto. Każda jego cześć to inne przeżycie.

Rejs po rzecz Menam to adrenalina.

Spacer po ogromnym kompleksie świątynnym to chwila wyciszenia. Zwłaszcza gdy skorzysta się masażu oferowanego przez tamtejszych uczniów z renomowanej szkoły przyświątynnej (Wat Pho).

Wyprawa do chińskiej dzielnicy to raj dla oczu, uszu i powonienia.

Każde inne miejsce to uczta podniebienia. Zwłaszcza gdy ceny czy to śniadania, obiadu lub kolacji wahają się w okolicach 5-10 zł za posiłek. Do tego na deser stoiska z przepysznymi ananasami, mango, durianami, sokami z granatu,  wspaniałą wodą kokosową i innymi specjałami.

Durian! Wcale tak nie śmierdzi a smakuje średnio … zajeżdża trochę cebulą 😉

Dla twardzieli larwy jedwabnika, koniki polne, skorpiony, pająki i inne żyjątka.

Wszystko podane czysto, schludnie, bez ryzyka zatrucia nawet gdy z początku może nie wyglądać to wszystko zachęcająco. To jednak jedzenie na ulicy było dla nas stałym punktem programu.

Warto wybierać miejsca gdzie siedzą głównie lokalesi i gdzie stoliki są zapełnione. Można być wtedy pewnym tego, że będzie pysznie. Zresztą podczas pobytu nigdy nie byliśmy zawiedzeni jedzeniem nawet gdy okazywało się naprawdę ostre.

Na pewno świeża, jeszcze się rusza…

Żabcia 😉

W odpowiedniku warszawskich Pól Mokotowskich – Liphini Park w Bangkoku taaaakie okazy można spotkać 😉

Z Bangkoku przyszedł czas na Kambodżę. A dokładnie na świątynię Angkor Wat.  Podróż tą ze stacji Mo Chit 2 odbyliśmy jedynym państwowym autobusem, który dowozi bezpośrednio do Siem Reap.

Nie ma potrzeby przesiadać się na granicy do innego środka lokomocji. Cena biletu jednak  nie należy do najniższych: 28$ w jedną stronę. Do tego dochodzi wysoka opłata za wizę kambodżańską – 1200 THB.

Zwróćcie uwagę na smycz „przewodnika granicznego” na granicy w Kambodży. Nasi już go dorwali 😉

Po przybyciu na miejsce ( po ok. ośmiu godzinach) od razu zarezerwowaliśmy sobie tuk tuka na całodzienne oglądanie kompleksu świątyń. Nie mogliśmy sobie odmówić zobaczenia wschodu słońca w Angkor Wat, więc wstaliśmy już przed piątą.

Kompleks świątynny jest ogromny. Warto przeznaczyć czas na najważniejsze dwie, trzy świątynie (koniecznie świątynie Ta Prohm, gdzie kręcone były zdjęcia do Tomb Rider z Angeliną Jolie).

Nie zapomnieliśmy też o nocnej wizycie w Siem Reap co gorąco polecamy!!!

Cudowne rybki do śmierdzącej roboty!

Za taką kasę można pić!

Po trzech dniach pobytu w Kambodży wróciliśmy do Bangkoku, skąd z lotniska Don Mueang liniami Air Asia wylecieliśmy na Krabi na klasyczny wypoczynek.

Piękna plaża Aonang, hotel z widokiem na morze Andamańskie i okoliczne wyspy to było to czego potrzebowaliśmy po wyczerpującym Bangkoku i Kambodży.

Rosjanki są wszędzie…

 

… i Rosjanie.

Jednak już po jednodniowym leniuchowaniu skorzystaliśmy z oferty jednego z wielu tamtejszych biur podróży i udaliśmy się na przepiękną wyspę Phi Phi. Wcześniej jednak szybką motorówką w 40 minut dotarliśmy na bezludną wyspę Bambusową, zobaczyliśmy plażę na której kręcony był film „Niebiańska plaża” z Leonardo Di Caprio – Maya Bay, wpłynęliśmy do przepięknej zatoki Pileh Bay oraz na moment zajrzeliśmy na Małpią plażę.

Bamboo Island

Pi Leh Bay

Zatłoczona Maya Bay

Ja i ….

… te ryby z bajki … Nemo czy jakoś tak.

Potem już czekał nas obiad na Phi Phi, gdzie w oparach słońca cieszyliśmy się przepięknymi widokami. Tłok niestety jest tam niemiłosierny za sprawą co chwila cumujących łodzi motorowych z rożnych zakątków Krabi i Phuket. Co chwila wylewający się turyści jednak nie byli w stanie odebrać nam zachwytów nad tą piękną wyspą.

W Aonang skorzystaliśmy jeszcze z jednej możliwości wyprawy łodzią. Tym razem klasycznym longboatem popłynęliśmy na okoliczną Railay Beach do której dostać się można jedynie drogą wodną. Ta piękna plaża robi niezwykłe wrażenie i polecam ją każdemu kto trafi na Krabi. Koszt 200THB/osobę z Krabi w obie strony.

Sześć dni to stanowczo za mało by zobaczyć wszystkie atrakcje na półwyspie Krabi i w jego okolicach. Niezliczona ilość wysp które można tam zwiedzić sprawia, że czuje się niedosyt ale zawsze to jakiś powód żeby tam wrócić. A wrócimy tu na pewno.

Jeśli kochasz kuchnię azjatycką, uśmiechniętych, nienachlanych ludzi, lubisz masaże, cenisz sobie bezpieczeństwo i genialną obsługę to Tajlandia jest dla Ciebie.

Już za nią tęsknimy. Tęskniliśmy od razu jak wsiadaliśmy do samolotu w drodze do Doha gdzie zatrzymaliśmy się na krótkie zwiedzanie tej bogatej stolicy Kataru. Tam w grudniu przywitało nas jedyne 19 stopni. Przyzwyczajeni do upałów zmarzliśmy okropnie ;). Przez co zwiedziliśmy jedynie tamtejszy suk ciągle jednak  będąc myślami w cudownej Tajlandii.