Ile razy zdarza Ci się obudzić na mega kacu i skręcać się ze wstydu z powodu ostatniego wieczoru? Jeśli nigdy to dalej nie czytaj. Jesteś bezpieczny.

Ile razy zdarzyło Ci się rano leczyć klinem? Jeśli nie pamiętasz takich sytuacji, jesteś bezpieczny.

Ile razy zdarzyło Ci się pić pomimo tego, że wszystko w Tobie krzyczało, że ten wieczór chcesz spędzić w trzeźwości? Jeśli nigdy to nadal jesteś bezpieczny.

Mnożyć tego typu pytania można bez końca. Wiem jednak, że zadając je w końcu trafię z takim, które sprawi, że  zaczniesz myśleć o tym problemie w sposób głębszy niż dotychczas.

Ludzie coraz częściej z alkoholem spędzają każdy wolny weekend. Obserwuję to wśród znajomych, przyjaciół.

Ale żeby tylko weekend to byłoby dobrze. W tygodniu powstają nie planowane spotkania na których też pieczętuje się cokolwiek piwkiem, drinkiem, winkiem.

I wcale nie jest prawdą, że to dotyka tylko tych biedniejszych, śmierdzących, gorzej ubranych i nie wykształconych.

Ci pozostali po prostu się lepiej kamuflują. Robią to w kryształowych kieliszkach i z droższym trunkiem. Efekt jest ten sam. Budzi ich kac tylko że w jedwabnej pościeli.

Znam takich co czekają aż zaśnie ich rodzina i przed ambitnym czarno-białym filmem robią dwie flaszki drogiego czerwonego wina.

Granica jest cienka, często się zaciera, bo życie z alkoholem chociaż przez chwilę zwalnia i staje się przyjemniejsze.

W jeden dzień pochłonęłam książkę Gosi Halber „Najgorszy człowiek świata”. Część z Was pamięta ją zapewne z programu dla dzieci 5-10-15.

collage

 

Czytając ją czasem miałam wrażenie, że czytam o sobie. Momentami, że o moich znajomych. Wszystkich nas będzie jednak łączył jeden wspólny mianownik. Myśl to tym, że: „mnie ten problem nie dotyczy”.

Niestety mój mózg na pewnym etapie lektury przestraszył się tego co czyta i w zmyślny sposób wypierał wszystko to co podpowiadał rozsądek. Mnie to też nie dotyczy a to, że coś się zdarzyło jeszcze nic nie oznacza.

No może i nie oznacza, ale za chwilę ten moment można przespać i obudzić się dokładnie w takim stanie jak Małgorzata z 5-10-15.

Można by też sądzić przecież, że tym zza szklanego ekranu takie rzeczy się nie przytrafiają. Są znani, robią karierę, znają fajnych ludzi.

No właśnie sęk w tym, że tak jak każdy z czymś się w życiu zmagają.

Do Małgorzaty dochodziły w pewnym momencie informacje, że coś jest nie tak. Zaczynała wtedy obiecywać sobie, że będzie pić tylko w weekendy. Potem okazja goniła okazję. To ewidentnie sprawiło, że zaczynałam już czytać o sobie i wielu moich znajomych (uff jak dobrze, że wielu ich jest i nie jestem sama – co stanowiło kolejne wytłumaczenie, że przecież nic nie może mi się stać bo jest nas zbyt dużo i że przecież prawie każdy tak ma).

Właśnie, prawie każdy potrafi wytłumaczyć sobie złe rzeczy które robi. Usprawiedliwić się i zagłuszyć sumienie.

Dzięki tej książce zrozumiałam, że wpaść w pułapkę alkoholu można w tempie Pendolino, ale wyjść nie da się już nigdy.

Cieszę, że taka pozycja powstała i że dziewczyna tak bardzo się w niej otworzyła. Przez wszystkie strony jej kibicowałam. Czekałam na euforię, która miała się pojawić w momencie trzeźwienia. Ale euforii nie ma. Jest rzeczywistość, która bez alkoholu czy „maryśki” gniecie jeszcze bardziej. Ale jest prawdziwa i do pokonania. Bo ze wspomagaczem nie zmienisz nic, jedynie na chwilę poczujesz się lepiej ale tylko po to, żeby obudzić się jeszcze bardziej zdołowanym.

Małgorzata na końcu książki daje do zrozumienia, że nie poradziła sobie z nałogiem. Pomimo, że tak dobrze jej szło, że już osadzała swoje jestestwo w rzeczywistości to w jakimś momencie popłynęła. Nie leczy się już w AA, a w miejscu, które ma w nazwie MONAR.

Na końcu poprosiła, żeby ją przytulić.

Przytulam ją.