Samuel L. Jackson w „Nienawistnej ósemce“ najnowszego dzieła Quentina Tarantino na zadane przez siebie pytanie: „Co każe człowiekowi zabijać z zimną krwią?“ odpowiada po prostu, że nie ma pojęcia.

Ja też nie mam pojęcia co każe Quentinowi Tarantino kręcić tak przeciwstawiające się wszelkim schematom filmy. Zaryzykuje stwierdzenie, że może to być podobna siła co w pierwszym przypadku.

Western to mogłoby się wydawać wdzięczny gatunek filmu. Jest zły i dobry kowboj. Są Indianie, zły lub dobry szeryf i oczywiście pojedynek w samo południe. Jest saloon, jakiś rabunek, i tym podobne. Nuda – powiedziałby Tarantino. W związku z tym wymyślił „Nienawistną ósemkę“.

Skrzyknął swoich ulubieńców: wspomnianego Samuela L. Jacksona, Kurta Russela, Tima Rotha i Michaela Madsena i kazał im się po prostu pozabijać.

Zobacz-pierwszy-zwiastun-nowego-filmu-Tarantino

A mówiąc bardziej literacko film opowiada o dwóch łowcach nagród, którzy spotykają się na zaśnieżonej drodze. Jeden jedzie dyliżansem do najbliższego miasta celem doprowadzenia na szubienicę przestępczynię Daisy.  Drugi idzie pieszo prosząc o podwiezienie. Podróżują wiec razem. Dołącza do nich samozwańczy szeryf miasta do którego właśnie zmierzają. Niestety okrutna zamieć nie pozwala na dalszą podróż. Zatrzymują się więc w zajeździe gdzie czeka na nich czterech mężczyzn. Jak się łatwo domyślić nie są oni tylko strudzonymi wędrowcami chcącymi się schronić przed burzą i posilić mocną kawą.

Wyobraźcie sobie, że nie znacie Quentina Tarantino. Nie znacie jego filmów, nie znacie Pulp Fiction. Nie znacie nic co ten człowiek stworzył. Idziecie na „Nienawistną Ósemkę“ bo ktoś powiedział Wam, że to dobry, nowy western. W trakcie filmu dowiadujecie się, że trwa 3 godziny. Na ekranie nic tylko gadają. Dyliżans jedzie w zamieci śnieżnej przez pięć minut w takt muzyki jakiegoś Ennio Morricone. Jak już Wam się wydaje, że zaczyna się coś dziać to znowu zaczynają gadać. Po godzinie zastanawiacie się czy przypadkiem ktoś Was nie wkręcił, że to dobry western. Zwłaszcza, że po takim gatunku spodziewacie się przynajmniej jednego pojedynku między złym, a dobrym kowbojem. A tu nic. Gdzie jest bohaterski szeryf, gdzie nasz super bohater? Wszyscy wydają się źli. Coś Wam się nie zgadza.

I będziecie mieli po części rację. Bo nie da się oglądać tego filmu z marszu.

Wchodząc do kina musicie włączyć przycisk, który nazywa się Quentin Tarantino. Dopiero po jego uruchomieniu zapewniam, że będziecie się świetnie bawić. Długa paplanina przestanie być tylko przegadanym dialogiem. Stanie się świetnym wprowadzeniem do tego co się będzie dziać. Przelewająca się z ekranu krew przestanie być  niepotrzebną morderczą ekspozycją. Stanie się humoreską. A brak dobrego prawdziwego bohatera będzie rekompensować niezwykłość pozostałych.

Nie będę pisał, że gra aktorska wybija się ponad przeciętną bo to oczywiste. Powiem tylko, że można się nią napajać czekając półtorej godziny w pewnym  aczkolwiek miłym zawieszeniu. Bo po tym czasie zaczyna się dopiero prawdziwa akcja. Kolejne półtorej godziny to już wykwintna jatka za którą tak cenimy twórcę.

Tarantino w „Nienawistnej ósemce“ ma wszelkie filmowe schematy i zasady głęboko w d… Brnie swoim torem powoli, ale do przodu. Do puenty, która jak zwykle zaskakuje.

5