Czy do obejrzenia „Gwiezdnych wojen“ trzeba kogokolwiek zachęcać? Czy można kogoś do tego filmu zniechęcić? Czy w końcu można przejść niewzruszenie koło premiery każdej kolejnej części? Z pewnością trudno  jest się zgodzić na raz z tymi wszystkimi pytaniami.

W komentarzach internetowych po premierze siódmej części „Gwiezdnych wojen. Przebudzenia mocy“ rozpętała się dyskusja tak żywa, że miałem wrażenie, że toczy się ona o prawdziwej historii. Nie fikcyjnej, filmowej tylko takiej, która wydarzyła się naprawdę. To dowód na to, że „Gwiezdne wojny“ są już obdarzane kultem. Od premiery pierwszej części minęło już prawie czterdzieści lat, a ja na własne oczy widziałem jak ośmioletnie dzieci potrafiły oglądać ją teraz z zapartym tchem kolejno wcielając się w Luka Skywalkera, Hana Solo czy Darta Vadera.  Naprawdę to niespotykana ponadczasowość, która z łatwością łączy pokolenia i sprawia, że George Lucas jest już nieśmiertelny.

Krytycy tej galaktycznej opowieści mówią, że prawdziwe „Gwiezdne wojny“ skończyły się na „Powrocie Jedi“. Trudno się z tym nie zgodzić. „Mroczne widmo“, „Atak klonów“ i „Zemsta Shitów“ odebrały sadze jakiś element niezwykłości mimo, że powstały w okresie gdzie technika filmowa była już o  stokroć bardziej zaawansowana. Tym większy ukłon dla twórców pierwszych części. Jednak to nadal filmy obok których nie przejdzie się obojętnie.

W związku z tym oczekiwania od siódmej części „Gwiezdnych wojen“ były ogromne. „Przebudzenie mocy“ zawarte w tytule miało być też symboliczną pobudką dla twórców filmu. Widzowie oczekiwali powrotu do korzeni. Ponownie chcieli zobaczyć niesfornego Hana Solo, ryczącego Chewbacce. Sprawdzić co się dzieje z Lukem Skywalkerem oraz jeszcze raz rzucić okiem na księżniczkę Leię. Mimo, że wszyscy oni są  już w zaawansowanym wieku to jednak odniosłem wrażenie, że czas się zatrzymał. Mało tego. Czułem jakbym zobaczył dawno nie widzianych przyjaciół. Samo to już sprawiło, że za nic w świecie nie mógłbym tej części ocenić negatywnie. Emocje biorą górę, a ja powracam do dzieciństwa. A gdy pojawiają się roboty AR2D2 i C3PO czuję się w pełni usatysfakcjonowany.

Naszym „starym“ bohaterom towarzyszą młodzi, równie dzielni. Na plan pierwszy wysuwa się urocza Rey, która zbiegiem okoliczności stawia czoła kolejnemu wcieleniu Ciemnej Stronie Mocy zwanej teraz Pierwszym Porządkiem prowadzonej przez strasznego Snoke,a.

7c3caaeb3706ba86bb576828909e34f1

Towarzyszą jej zbuntowany szturmowiec Finn oraz robot BB-8. Ten ostatni jest tak uroczy, że z pewnością mógłby konkurować ze słynnym AR2D2. Do tego spełnia bardzo ważną rolę przenosząc mapę z lokalizacją Luke’a Skywalkera.

Ciekawostkę stanowi jego konstrukcja i niekonwencjonalny sposób poruszania się. Nie został on bowiem stworzony przez grafików komputerowych tylko stanowi prawdziwą konstrukcję.

Tego rodzaju wizualnych smaczków jest oczywiście wiele. Znowu jesteśmy na pustyni lub w podejrzanym barze gdzie pełno kosmicznych dziwolągów. Gwiezdne pościgi są dokładnie takie jakich oczekujemy, a pojazdy kosmiczne dokładnie te, którymi jako dzieciak zawsze chciałem się przelecieć. To wszystko sprawia, że ogląda się to z przyjemnością.

Może tym bohaterom zbyt łatwo wszystko wychodzi ale to jedyny mankament jaki mógłbym znaleźć. No jest jeszcze jeden. Brakuje najbardziej wyrazistego w światowej kinematografii czarnego charakteru. Darta Vadera. Ale on już przecież nie żyje.

bd7c892cf2c1fd938000e59ce1bbb570-51

Nie było więc mi dane usłyszeć niepokojącego marszu imperialnego gdy poruszał się swoim ciężkim krokiem. Za to równie mrocznie zastępuje go zapatrzony w jego legendę Kylo Ren.

Przebudzenie mocy przebudziło fanów sagi. Przebudziło też mnie. Miło było zobaczyć starych przyjaciół. Miło Cię widzieć Luke-u Skywalkerze. Minęło kopę lat.

5