Mówi się, że aby napisać książkę trzeba napisać pierwszy akapit. Teoretycznie tak, ale w praktyce jest to o wiele trudniejsze.

Wielu ludzi zaczyna coś robić ale nie udaje im się tego dokończyć. A napisanie pierwszego akapitu przy założeniu, że chce się napisać książkę wcale nie gwarantuje, że dojdziemy nawet do jej połowy.

Wiem to po sobie, bo jestem typem co się zwie „słomiany zapał”. Zaczynam wiele projektów ze zdwojoną siłą, po czym każdego dnia słabnę, aż do momentu, kiedy porzucam to co wydawało mi się sensem życia.

Od prawie roku pracuję nad tym i chociaż idealnie nie jest, to nie porzuciłam ani jednej zaplanowanej rzeczy.

Poniżej kilka punktów, które wdrożyłam w życie:

1.

 

Zmuszam się do systematycznej pracy – może samo „zmuszanie” nie działa korzystnie na każdego, ale na mnie tak. Zrozumiałam, że poleganie na samej motywacji i nakręceniu się wiedzie na manowce. A jedynie samodyscyplina czyli wyrobienie nawyku to droga ku spełnianiu marzeń.

Dlatego każdego dnia bez względu na wymówki robię coś z zaplanowanych rzeczy.

Wczoraj kiedy wróciłam do domu zmęczona, marzyłam tylko o tym aby iść spać, ale wracając postanowiłam sobie, że nie odpuszczę i zrobię jedną z zaplanowanych rzeczy. Zrobiłam to. Nie muszę wam mówić jaka to radocha.

Tak drobne elementy jak posprzątanie szuflady, poukładanie książek czy inne duperele wyrabiają w nas pewien nawyk, który później wchodzi w krew i w przyszłości przekłada się na naprawdę ważne działania.

2.

 

Idę pod prąd – to wspaniała sprawa móc zrobić coś inaczej niż inni. Zawsze to lubiłam, dlatego działają na mnie teksty ludzi, którzy mówią, że czegoś się nie da albo, że nikomu się to jeszcze nie udało.

Nie boję się wyzwań. Są dla mnie „kopem” rozpędowym.

Robienie czegoś po swojemu ma wiele pozytywnych cech. Przede wszystkim otwiera umysł na wszystko co nowe, dzięki temu możesz przejść granice własnego postrzegania świata.

Nawet teraz jak o tym piszę to czuję mrowienie w brzuchu. Po prostu podnieca mnie kreowanie własnej drogi, bo jeśli w coś wierzysz to nie boisz się zrobić czegoś inaczej.

Nie idziesz według przyjętych odgórnie schematów, nie wiesz co nastąpi po czym i z jakimi konsekwencjami się musisz liczyć. Po prostu siadasz i to robisz. Nic nie jest w stanie cie zahamować. Polecam tą metodę każdemu. Rozwija umysł i sprawia, że dzieją się rzeczy dla wielu niemożliwe 🙂

3.

 

Stosuję afirmacje – w magiczny sposób usuwają „słomiany” pozostawiając jedynie „zapał”. Afirmacje to trochę takie małe spisane marzenia.

Ja zwykle karmię się marzeniami i jeśli odpowiednio o nie zadbam to doprowadzam do końca. Afirmacja przypomina każdego dnia o tym dokąd i w jakim celu idziesz.

4.

 

Chcę być najlepsza – i wiem, że żeby to się stało muszę pracować. Mam szacunek do siebie, dzięki czemu wyeliminowałam ludzi, którzy przeszkadzali mi w samorealizacji.

Spełnianie siebie, sprawia, że ludzie stają się zdezorientowani, zaczynają cię postrzegać jak wariatkę. Dokładnie ilustruje to w swojej książce Julia Cameron (Droga Artysty- wkrótce zrobię o niej wpis) i absolutnie się z nią zgadzam. Ona mówi, że jak zaczniesz się zmieniać, zaczniesz skupiać się na realizowaniu swoich rzeczy, to ludzie będą mówili, że jesteś egoistką, że ci odbiło.

I dokładnie tak jest. Kiedy zamiast wina z koleżankami wybierasz pracę nad swoim marzeniem to reakcja jest jedna. Odbiło jej. I super. Możesz być wtedy pewna, że jesteś na właściwej drodze.

Nie wszystkie rzeczy w swoim życiu musisz doprowadzać do końca. Coś co wczoraj było marzeniem dziś może okazać się utrapieniem i nie ma nic złego w porzuceniu go. Trzeba pozwolić sobie na odpuszczanie.

Ale kiedy wiesz, że to co dziś robisz to jest to. Że to sens twojego życia, to zapnij pasy i przyj przed siebie.