Nie jestem fanem filmów Jerzego Skolimowskiego.  Jego ostatni „Essential Killing” było dla mnie prawie półtoragodzinną wędrówką przez mękę.

„11 minut” miało odmienić tą niechęć do twórczości reżysera. Zwłaszcza, że ten film został polskim kandydatem do Oscara. Taka nobilitacja nie mogła być przecież przypadkowa. Został również doceniony na kilku festiwalach. Wszystko to dawało nadzieję, że czas spędzony w kinie nie może być zmarnowany.

Podstawową cechą filmu jest to, że zamknięty został w klamrze 11 minut, pomiędzy godziną 17:00 a 17:11. W tak zawężonej akcji reżyser postanowił przedstawić losy z początku niepowiązanych ze sobą bohaterów – mieszkańców wielkiego miasta. Mamy więc zazdrosnego męża i jego seksowną żonę – aktorkę, sprzedawcę hot-dogów z nieciekawą przeszłością, ekipę pogotowia ratunkowego z wyjątkowo poważnym problemem, kuriera rozwożącego narkotyki, alpinistę naprawiającego hotelowe okna i kilka innych mniej znaczących postaci. Niestety splot nieszczęśliwych wydarzeń łączy ich wszystkich ze sobą tworząc na ulicach miasta „pożogę”.

134ec2446fdc657a428174ae78d7.1000

Wszystko to może brzmieć interesująco, poniekąd nowatorsko, ale takim nie jest. Sposób kręcenia obrazów telefonami komórkowymi do nowych nie należy. Efekty specjalne rodem z tanich filmów psują kulminacyjne momenty. Snujący się bez celu po hotelowym korytarzu Wojciech Mecwaldowski w roli zazdrosnego męża nie podkręca napięcia, a wszędobylska cyfra jedenaście (jedenaście minut,jedenaste piętro, autobus numer jedenaście) stanowi symbol nie wiadomo czego.

11_minut_skolimowski_9

Być może łączy tragiczne zdarzenia z 11 września przedstawiając kruchość życia, które może zmienić się w przeciągu kilku minut. W jednej z scen widzimy bowiem przelatujący między wieżowcami samolot pasażerski przypominający te z zamachu w  Nowym Jorku. Jednak zadaje sobie pytanie po co taki miszmasz?

Zamysłem reżysera było to, żeby bohaterowie nie mieli motywacji, byli ukazani w dość przypadkowych, banalnych scenach. Mieszali się w zdarzeniach nieznaczących. Efekt taki jednak nie stymuluje wyobraźni. Skolimowski nie osiągnął moim zdaniem zamierzonego celu. Najzwyczajniej w świecie nie wciągnie widza w ten jedenastominutowy wir. Mimo, iż samej realizacji tego przedsięwzięcia nie może się powstydzić. Koronkowe zestawienie czasu i przestrzeni budzi szacunek. Ale to nie wystarczy bo filmową emocją trzeba się zarazić i zostać z nią jak najdłużej a „11 minut” proponuje nam lekarstwo żeby jak najszybciej się z niej wyleczyć.

Czar prysł jak bańka mydlana, a ja pozostałem w dalszym ciągu w opozycji do twórczości Skolimowskiego. Nie rozumiem też jednego. Na tematu tego filmu z festiwalowego światka i z niektórych mediów słychać gremialne wow, a czytając opinie zwykłych Kowalskich i niektóre recenzje internetowe nie odnajduję w nich żadnych zachwytów. Czy widz jest głupi i nie zauważa wyjątkowego dzieła, czy jury festiwalowe jest jak napuszony paw. Zrozumiałbym to jeszcze gdybyśmy mieli do czynienia z ciężkim dramatem psychologicznym, a „11 minut” do takich nie należy.

3