Byłem wczoraj w odwiedzinach u kolegi. Nie spotkaliśmy się jednak u niego w domu. Nie umówiłem się z nim na piwko w barze, ani na setkę w „Mecie“. Pojechałem do niego w miejsce, w którym większość z Was może nigdy nie była i nigdy może nie będzie. Oby. Bo pojechałem do szpitala…psychiatrycznego.

Takie miejsca zawsze kojarzyłem tylko z filmów. Głównie grozy. Przechodzące po korytarzach postacie mówiące do siebie, jak zombie utrwaliły mój wizerunek tego miejsca jako bardzo nieprzyjaznego.

Teraz miałem okazję zobaczyć jak to wygląda w rzeczywistości.

Szpital jak szpital, dopóki nie wejdzie się na zamknięty oddział. Wejście bez klamki. Naciskam dzwonek. Kumpel otwiera drzwi. A tam już inny świat.

Młodych ludzi na pęczki. Całkiem zwykli choć wiem, że tak nie jest. Plączą się po korytarzach jak wspomniane żywe trupy. Uśmiechają się nieswojo. Ale nie mam czasu na długą analizę otoczenia. Bowiem choroba kolegi wręcz zagarnia mnie jak fala przypływu z plaży. Zdiagnozowali u niego schizofrenię maniakalno-prześladowczą. Rzeczywistość dla niego jest inna. Wroga i nachalna. Zaczyna więc mi o niej opowiadać. Bo ja jej przecież nie widzę. Mówi, że wszędzie są kamery i podsłuchy. Skierowane tylko na niego. Nawet jeśli faktycznie wiszą przed szpitalem. To cel jest jeden. On.

Cały świat jest przeciwko niemu i to w tej chwili ja mam go przed nim obronić. Uwierzyć w jego relację. Natychmiast.

Wysłuchuję więc całych pakietów danych o tym jak jest śledzony, jak rodzina go odrzuciła, i jak dalej tak będzie to znajdzie się na cmentarzu. Kątem oka widzę uśmiechającą się do mnie nastoletnią dziewczynę. O bardzo ładnej, niewinnej twarzy. Złapałem się na tym, że bałem się odwzajemnić ten uśmiech. Dlaczego? Bo coś jest z nią nie tak?

Wracam szybko do rozmowy bo potok informacji jest coraz większy, a ja czuję, że energia ze mnie wylatuje. Staram się coś doradzić. Pomóc. Wręcz wściekam się na niego, że wszystko co mówi to bujda i przez to jego życie wali się jak domek z kart. Ale zaczynam niknąć w oczach. Spalam się o tych negatywnych emocji. Wchodziłem tam pełen werwy, chęci, a wyszedłem jak anemik.

Wiem, że chłopak ma rodzinę, dzieci. Mimo to, jest obok tego. Bierze leki ale one są jak koło zamknięte. W trakcie zażywania tyje, a jednocześnie „znika“. Spowolniony jest bowiem o co najmniej pięćdziesiąt procent. Mówi wolno jakby odłączyli mu prąd. Lepiej niby się z nim żyje, ale sam czuje się zamknięty jak w słoiku.

Gdy przestaje brać dostaje ogromnej energii, której nie kontroluje. Jest Panem siebie. Zaczyna się paranoja. Nie śpi. Odpala papierosa za papierosem. Czasem pali dwa, trzy naraz nie wiedząc, że poprzedni się jeszcze nie skończył. Przemierza samochodem setki kilometrów bez odpoczynku. Niejednokrotnie powodując wypadki. Ściga się z osobami, które go niby śledzą. Złorzeczy tym, którzy go nie rozumieją, nie chcą słuchać i pomóc. Ma wszędzie mnóstwo do zrobienia. Wydumane interesy. Wielkie pieniądze, których niestety tylko teraz nie może zrealizować. Napędza się do tego stopnia, że kończy w miejscu w którym wczoraj się wypaliłem.

Skąd się to bierze, że nagle głowa pracuje na innych falach. Kiedyś funkcjonował normalnie. Był specyficzny, ale nie chory.

Nie mogę mu pomóc. Nie potrafię. Doraźnie przywiozę mu fajki, dam parę groszy. Jestem bezradny.