Zawsze byłem przekonany, że Tom Cruise się nie zestarzeje. Mało tego. Byłem przekonany, że ten Pan od niemożliwych misji nie ma prawa się zestarzeć.

Gdy obejrzałem piątą już część „Mission Impossible“ zawiodłem się. Mój idol z lat dziecięcych posunął się wiekowo i czar wiecznej młodości bożyszcza wszystkich lasek prysł. A skoro ten amerykański James Bond wykonuje misje, które nie mieszczą się w głowach zwykłym zjadaczom chleba to musi bić od niego młodość, sprawność i nieskazitelny urok osobisty. Ale skoro Arnold Schwarzenegger kręci kolejne Terminatory to może przestanę się czepiać. Zwłaszcza gdy dowiedziałem się, że ten pięćdziesięciotrzyletni latek bez pomocy kaskaderów wykonał scenę otwierającą cały film. Tom Cruise w garniturze przyczepiony do wojskowego Airbusa leci na wielkiej wysokości. Niemożliwe? Nie dla niego.

mission-impossible-rogue-nation-kulisy-5-600x400

Cruise zresztą znany jest z tego, że nie cierpi wykorzystywania efektów komputerowych w takich ujęciach. Postanowił dosłownie utożsamić się ze swoim bohaterem, agentem Ethanen Huntem.

mission-impossible-rogue-nation-kulisy-1-600x600

Pierwsza scena więc nie postawiła wątpliwości kto tu rządzi. Trwała ponad cztery minuty i z moim lękiem wysokości zrobiła na mnie mało komfortowe wrażenie.

Skoro jest Ethan Hunt musi być jego wróg. Tym razem jest to syndykat zbrodni na czele którego stoi mało sympatyczny Salomon Lane. Dodatkowo problemem staje się rozwiązanie agencji IMF dla której pracuje Hunt. Temu wszystkiemu Cruise stawia dzielnie czoła. Gorzej jest gdy na drodze Cruisa staje piękna Rebecca Ferguson. Bo nie wiadomo jest czy to wróg czy przyjaciel. Ach te kobiety.

Rebecca-Ferguson-As-ILsa-In-Mission-Impossible-5-Wallpaper

Kolejne sceny to pościgi, strzelanki, wybuchy, zagadki i nieodłączne gadżety jak na przykład klucz otwierający wszystkie drzwi.

Patrzymy na to z przymrużeniem oka bo taka jest konwencja. Nie nudzimy się bo akcja wartko przelatuje nam między oczami. Lekkości temu obrazowi dodaje postać Benjego grającego przez Simona Pegga. Całą tą powagę sytuacji trzeba przecież przełamać, a humor do tego nadaje się idealnie.

Kolejna misja, kolejny happy end. Nie zaskoczy i fanów Mission Impossible nie powali na kolana, ale też nie zniechęci do obejrzenia szóstej części. Jeśli taka powstanie.