plakat                   O „Mieście 44“ nie chciałem pisać. Grzecznie poszedłem do kina a potem co i rusz zerkałem na ogrom skrajnych recenzji i komentarzy. Szambo mieszało się z lukrem. Zachwyt przeplatał się z pogardą. Ci niezadowoleni narzekali na nadmiar przemocy w filmie. Inni na zbytnią cukierkowość obrazu. Ktoś napisał, że wieje nudą a jedyną sceną godną uwagi były spadające z nieba ludzkie szczątki. Ujęcia „slowmotion“ jednych oczarowały innych miały wygonić z kina. I tak dalej i tak dalej. Szanowani recenzenci też zgodni nie byli. Jak ich czytałem to miałem wrażenie, że mówimy o dwóch różnych filmach. Taka polska schizofrenia.

Nie idź, podobno kiepski. Leć, zajebisty. Wbije Cię w fotel. Zanudzisz się. Brutalny, strasznie dużo krwi i przemocy, nie warto. Zawiodłam się bo tylko strzelają. Nie ma treści. Aktorzy byli za ładni. Za mało dialogów, za dużo walki. Scenografia z kartonu. Batalistyka na hollywoodzkim poziomie. Za mało powstania w powstaniu.

                          Powiem Wam tak. Po tych i podobnych wywodach widzów, którzy obejrzeli albo jeszcze nie zdążyli obejrzeć a już komentowali, miałem ochotę iść na ten film jeszcze raz. Może coś przegapiłem w czasie seansu. Może za bardzo skupiłem się na popcornie. Albo najzwyczajniej w świecie zbyt mocno przycisnęło mnie do fotela. I nagle mnie olśniło. To wszystko prawda co Ci ludzie napisali. Film jest brutalny. Jest w nim za dużo krwi i przemocy. Tak, tylko w nim strzelają. Tak, nie ma w nim treści bo sam Komasa powiedział, że nie to było celem jego filmu. Celem były pokazanie okropności samego powstania i rzeź miasta. Tak, mało w nim dialogów bo powstańcy zajęci byli czymś innym. Tak, scenografia była z kartonu bo wszystko się paliło jak papier 😉 Tak, batalistyka jest na najwyższym poziomie bo ja nie kojarzę polskiej produkcji wojennej zrobionej z taki rozmachem. Scenografia i system walk przypominała mi potyczki w mieście w „Szeregowcu Ryanie“. Aktorzy są ładni i cukierkowi. Bo tak właśnie wyglądali w czterdziestym czwartym roku. Wystarczy przejść się do Muzeum Powstania Warszawskiego i popatrzeć na archiwalne zdjęcia. Nie wiem czemu ale twarze mają ładne, uśmiechnięte i zadowolone. Może dlatego, że w czasie powstania miało miejsce blisko trzysta ślubów. Nie zgodzę się tylko z jednym. Nudą to tam nie wieje. Jak coś to wieje grozą.

                        Eksperymenty z muzyką i zwolnionymi scenami to już inna sprawa. Część mogła się podobać a część niekoniecznie. Na pewno parę scen można było sobie darować. Jak ta ze „szlachetnym“ Niemcem bądź podły polskim oficerem.Scena miłosna na tle świszczących kul również wyglądała co najmniej dziwnie. Ale wiele to temu obrazowi nie umniejsza bo po zakończeniu seansu wszyscy ludzie siedzieli „jak jeden mąż“ w fotelach przez parę minut i nie wstawali do wyjścia.

                        Komasa nie pokusił się w filmie o ocenę powstania bo nie miał takiego zamiaru. Choć w jednej lub dwóch scenach można było wychwycić subtelne opinie mieszkańców Warszawy na jego temat.

                      Tak więc reżyser zafundował widzom istny rollercoaster bo jak widzicie sami nie mogą dojść do tego czy to wszystko jest warte obejrzenia czy nie.

A ja hołduje zasadzie, że skoro film budzi skrajne emocje to znaczy, że czas lecieć do kina.

Na koniec ostrzegam wrażliwych: film zostawia w głowie syf!