Czaiłam się trochę z tym Greyem. Celowo nie przeczytałam żadnej recenzji. Coś jednak usilnie pchało mnie, żeby się na niego wybrać.

Książka

Pierwszą część przeczytałam szybko, wiadomo. Piękny, on piękna ona. Do tego obrzydliwie bogaty. Tak obrzydliwie, że aż nie prawdziwie. Randki helikopterem, komputer w prezencie, samochód w prezencie…no powiem szczerze, że jak czytałam tą książkę to te drogie prezenty jakoś zatarły się w oparach tego perwersyjnego seksu.

Do bogactwa Greya doszła inteligencja, zainteresowanie literaturą i muzyką klasyczną. To sprawiło, że coś przy tej książce mnie trzymało.

Kupiłam drugą część, to było chyba dwa lata temu…nie tknęłam jej do dziś. Pewnie dlatego ,że tego rodzaju puste pragnienia gasi się tylko raz.

Film

W filmie wszystko razi jakby bardziej. Kiedy umysł przestaje tworzyć obrazy i ma je podane na tacy to bańka mydlana pęka. Christian nie wygląda tak jak go widziałam czytając książkę, a Anastasia pozbawiona jest tej niewinności, którą nadaje jej autor.

Fifty-Shades-of-Grey_article_story_large

Wszystko, ale to dosłownie wszystko brutalnie razi widza, odzierając go z magii wyobraźni, która działała podczas czytania.

Muzyka

Czytając książkę, włączałam sobie Kanon D-dur Pachelbela, a w filmie ta klasyczna muzyka ustępuje muzyce rozrywkowej. Też jest klimatycznie, ale nie tak jak to zapamiętałam.

Film mnie nie zauroczył, nie wbił w klimat uniesienia seksualnego. Nie zrobił ze mną nic. Po prostu weszłam, obejrzałam i wyszłam.