Zwykle data 31 grudnia była dla mnie datą magiczną. Pierwszego stycznia budziłam się i w głowie miałam skrupulatnie ułożone postanowienia na najbliższy rok. Dochodziło do tego kilka afirmacyjnych zaklęć „musi się spełnić”, „mam siłę by to wszystko zrealizować”, a już po kilku dniach zapominałam o tym o czym marzyłam kilka dni temu.

Czy to wina tego, że marzenia tak ciężko jest spełnić? Czy może tego, że 31 grudnia to najgorszy dzień do snucia planów?

Moim zdaniem i jedno i drugie wpływa na to, że za rok nie odhaczymy żadnego z zaplanowanych punktów.

Marzenia rzeczywiście czasami bywają ciężkie do spełnienia w jeden rok. Wymagają czasu i odpowiedniego momentu. Ja kiedy jeszcze je spisywałam, to czasami odszukiwałam te z poprzednich lat, żeby móc popatrzeć na to czego chciałam w poprzednich latach (tak tak, nie zawsze jest tak, że mamy marzenie i czekamy na jego spełnienie. Czasami jest tak, że nasze marzenie bywa tak słabe, że zapominamy o nim po kilku dniach od zapisania).

Wiele ze spisanych na moich kartkach mocy marzeń się nie spełniło, bo tak naprawdę wcale o nich nie marzyłam i nigdy więcej już o nich nie wspominałam. Ale dzisiaj rano gdy przygotowywałam się do tego tekstu i przejrzałam wszystkie zapiski sprzed prawie dziesięciu lat zorientowałam się, że każdy punkt czasem przenoszony z roku na rok się zrealizował.

Pojawiały się podróże po USA, Meksyku, Tajlandii. Wszystko zrealizowane. Pojawiały się punkty o dbaniu o zdrowie – zrealizowane. Rzucenie papierosów (nie palę od pięciu lat), ograniczenie alkoholu (100 dni temu rzuciłam całkowicie) i kilka innych.

Wszystkie się spełniły, a do żadnego z nich nie przyłożyłam energii takiej jaką miałam zaplanowaną w momencie kiedy je pisałam.

Tej magicznej dacie towarzyszy pewnego rodzaju uniesienie i podniecenie. Oto przedwczoraj ostatni raz zapisaliśmy 2016, od wczoraj jest już nowe 2017. W urzędach, pamiętnikach, komputerach pojawi się nowa data. Nowy rok. A jak nowe to i magiczne, bo wszyscy ludzie uwielbiają zaczynać coś od nowa, bo to dokładnie tak jakby zaczynali coś od początku.

Dają sobie kolejną szansę na zmianę, na poprawę tego co w nich niedoskonałe. Na odświętnych kartkach najczęściej pojawi się dbanie o siebie, rzucenie używek, odniesienie jakiegoś sukcesu.

Niestety wytrwają w tym maksymalnie do marca. Potem będą dokładnie tymi samymi ludźmi, którymi byli w 2016 roku.

Może tylko ja mam takie szczęście? Może jednak moje marzenia zawsze są gdzieś obok mnie? Może budzę się z nimi i chodzę z nimi spać? Może są we mnie non stop, bo są prawdziwe?

A może marzenia mają to do siebie, że same się spełniają?

Nie wiem, ale boję się myśleć o tym ile mogłabym mieć gdybym tylko dołożyła do tego 10% mojego zaangażowania i pracy.