„Ghost in the shell” to amerykańska ekranizacja kultowej, cyberpunkowej mangi  o tym samym tytule. Zdaję więc sobie sprawę, że niezależnie od tego jakie recenzje otrzyma film, fani japońskich kreskówek tłumnie ruszą do kin. Podobnie może być również z fanami „Łowcy androidów” bowiem „Ghost In the Shell” klimatem jest bliski arcydziełu Ridleya Scotta. Ale niestety klimat filmu to jedna z niewielu zalet tej produkcji.

Film przenosi nas w daleką przyszłość gdzie różnica między światem ludzi a światem różnego rodzaju cyborgów zaczyna się zacierać. Ludzkość poddaje się różnego rodzaju zabiegom cyborgizacji, wszyscy są podłączeni do sieci, dzięki wszczepionym chipom porozumiewają się telepatycznie a wielkie korporacje walczą o prymat w tym biznesie.

Główną bohaterką jest grana przez Scarlett Johansson Major – cyborgiczna hybryda człowieka i robota, której jedyną ludzką tkanką jest mózg. Ciało bowiem stanowi niezwykła, opancerzona, mechaniczna konstrukcja.

Znalezione obrazy dla zapytania ghost in the shell film

Major stoi na czele jednostki zwanej Sekcją 9, która specjalizuje się w walce z cyberprzestępcami.  Najgroźniejszym z nich okazuje się Kuze, haker którego schwytanie nastręcza Major nie lada problemów. Konfrontacja tych dwóch bohaterów okazuje się czymś więcej niż starciem przysłowiowych tytanów. To starcie dla Major jest pytaniem o naturę i cel istnienia człowieka. Niestety ten filozoficzny wątek filmu jest miałki i pozbawiony jakiejkolwiek treści. Dialogi nie wzmagają głębszych rozważań co sprawia, że widz zostaje jedynie z warstwą wizualną filmu. A ta to popis grafików, mistrzów od animacji i scenografów.  Wizją przyszłości twórców filmu można się upajać. Fani science-fiction pod tym względem na pewno nie będą zawiedzeni. Podobnie zresztą może być  z fanami  Scarlett Johansson. Tutaj aktorka bez zarzutu spełniła swoją rolę. Porusza się w taki sposób, że nie mamy wątpliwości, że jest pół człowiekiem a pół maszyną. Jej wyraz twarzy, każdy krok, wyrażane emocje powodują, że jest niezwykle wiarygodna.

Również warstwa muzyczna filmu zasługuje na uwagę. To coś w rodzaju cybernetycznego house-u z domieszką punku, która doskonale wrzuca nas w przestrzeń filmu.

Jednak mimo tych wszystkich zalet coś nie zaiskrzyło, coś mi nie pasowało. Przesłanie filmu w żaden  sposób do mnie nie przemówiło.  Poza wartką akcją i dopracowaną warstwą artystyczną nie dostrzegłem wiele.

„Ghost In the Shell” jest w oczach wielu fanów idealną mangą. Produkcja Ruperta Sandersa z kolei nie jest idealną ucztą science-fiction. Zadając sobie pytanie: gdzie kończy się człowiek, a gdzie zaczyna maszyna najlepiej obejrzeć serial „Westworld”, który tą filozofię zgłębia absolutnie.