Macie czasem tak, że jak coś sobie postanowicie, jak czegoś mocno zapragniecie lub o czymś usilnie zamarzycie to jakimś dziwnym trafem wszędzie napotykacie na rzeczy z tym związane?

Książki, artykuły w internecie, audycje w radio, przypadkowo spotkane osoby wręcz krzyczą do was pomagając wam w waszych postanowieniach.

Ja tak mam i całkiem niedawno zorientowałam się, że z wiarą wypowiedziane marzenie, puszczone wolno gdzieś już tam we wszechświecie zaczyna działać.

Ostatnimi czasy mocno zainteresowałam się samorozwojem. Nie w jakimś górnolotnym sensie, tylko któregoś dnia pomyślałam sobie co mogłabym ulepszyć w swoim życiu w taki sposób, żeby stać się bardziej efektywną. I tak, któregoś dnia na Instagramie zobaczyłam książkę „Droga artysty”.

p1050135

Co prawda bycie artystą to nie do końca mój klimat i żeby było jasne nie należę do grona osób z duszą artysty chyba, że w bardziej przyziemnym tego słowa znaczeniu 😉 ale pozycja ta coraz częściej pojawiała w moim otoczeniu, ciągle wpadała mi w oko.  Chciałam pewne rzeczy w sobie zmienić ale nie wiedziałam jeszcze jak i myślę, że w tym momencie już wszechświat potajemnie działał. Dosłownie i w przenośni, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że po kilku miesiącach Marcin mi ją po prostu kupił. Przypadek? Nie sądzę.

Mało tego, mam wrażenie, że ten kto działał bardzo chciał, żebym tą książkę przeczytała. Musiało mu na prawdę na tym zależeć. Oczywiście dzisiaj wiem już dlaczego 🙂

Rzuciłam się na nią od razu i to ta lektura napędziła mnie w odpowiednim kierunku.

Książka ta, to jednym słowem podręcznik o tym jak stać się bardziej twórczym w jakiejkolwiek sferze życia.

Lektura składa się z 12 lekcji. Na przerobienie każdej mamy jeden tydzień. Jest kilka stałych, powtarzających się elementów. Od razu powiem, że nie wszystko mnie interesowało i część rzeczy po prostu omijałam co było idealnym sposobem na systematyczne i płynne przechodzenie z tygodnia na tydzień.

Z początku nie byłam systematyczna, zapominałam o robieniu zadań albo standardowo mi się nie chciało. Ale z biegiem czasu gdy zaczynałam dostrzegać efekty tej pracy zadania przychodziły mi już z łatwością.

Jednym ze stałych elementów (mój ulubiony zresztą) jest pisanie tzw. porannych stron. Codziennie rano wstajesz i piszesz trzy strony czego tylko chcesz. Możesz nawet pisać „chce mi się pić lub nic mi się nie chce i tak dalej”, cokolwiek masz w głowie. Nikt tego nie ocenia, nawet ty sama nigdy z tego korzystać nie będziesz.

img_1940

Początkowo poranne strony są typowym bełkotem ale z czasem stają się drogą ku rozwiązaniu wielu spraw. Są jak spotkania terapeutyczne u najlepszego przyjaciela. Piszesz, piszesz aż tu nagle bach wypala jakaś stara sprawa o której dawno już zapomniałeś.

Poranne strony pozwalają ci zapuścić się w najskrytsze zakamarki twojej duszy. Niestety bywają czasem i udręką, bo męczyły mnie przez kilka dni myśli o czymś czego nie chciałam pamiętać. Ale mają zbawienny psychoanalityczny wydźwięk. Wywalone myśli po prostu już nie wracają. Pozbywasz się z siebie całego szlamu, który przez wiele lat był gromadzony. Po prostu wpadasz w swoje wnętrze i porządnie wszystko segregujesz i porządkujesz.

Takie właśnie zbawienne działanie mają poranne strony.

Ja znam swój potencjał, wiem, że mogę bardzo dużo osiągnąć i że drzemią we mnie ogromne pokłady niewykorzystanej energii. Absolutnie nie chodzi o to, że ktoś mnie w tym hamuje, największym hamulcem byłam ja sama i to co sobie robiłam. Ale tego dowiedziałam się właśnie dzięki porannym stronom.

Po kilku tygodniach pracy ze stronami zorientowałam się, że najbardziej przeszkadza mi alkohol. Branża w której pracuję zazwyczaj wszystko załatwia podczas imprez a jeśli to są spotkania w ciągu dnia to i tak zwykle gdzieś w miejscach publicznych restauracjach czy kafeteriach. Generalnie wszystko sprzyja temu, żeby sobie wypić chociaż lampkę wina.

Żeby było jasne, kompletnie nie mówię tu o pijaństwie tylko takim systematycznym „podlewaniu”. Skutek był taki, że zwykle byłam nieskoncentrowana na ważnych rzeczach a apatyczny stan pozwalał wykorzystywać mój umysł w jakiś 20 procentach.

Przy okazji porannych stron wyszło jeszcze kilka rzeczy o mnie samej, z którymi udało mi się dojść do ładu.

Nigdy bym się tego nie dowiedziała gdyby nie ta książka.

Drugim stałym elementem każdej lekcji w każdym tygodniu jest wychodzenie na randkę. Na randkę ze sobą. Tak, tak, ze sobą też się świetnie randkuje. Nawet o tym nie wiedziałam. W tym czasie zaliczyłam Bibliotekę Narodową (która zawsze chciałam zwiedzić), byłam w Filharmonii na sekstecie, na koncercie Natalii Sikory (odkąd wygrała The Voice of Poland zawsze chciałam ją zobaczyć na żywo) i na wielu innych randkach, które by się nie odbyły gdybym nie trafiła na tą pozycję.

Samotne randki sprawiają, że mam czas na przemyślenie i utrzymywanie swojej psychiki na tej samej pozycji. Nie popadam w skrajne nastroje od euforii po przygnębienie.

Powiecie, że to niezła bzdura na spędzanie czasu z samym sobą próbując karmić swoją duszę ale gwarantuję Wam że po pierwszym takim spotkaniu znajdziecie czas na kolejne.

Nie chodzi mi wcale o to, że te randki to po prostu takie ucieczki z domu, bardziej wartościowe w nich jest rozmawianie ze sobą.

Każdego tygodnia zadań do wykonania jest sporo, są opisane wszystkie narzędzia oraz to czego możemy się spodziewać w nadchodzącym tygodniu. Wiadomo, że przychodzi kryzys i wiadomo, że mózg usilnie pracuje żeby Ci wybić z głowy te wszystkie „dziecinne zabawy”, ale będąc na to przygotowanym łatwiej się przez to przechodzi.

Nie wiem czy ta książka jest w stanie zrobić rewolucję u każdego, u mnie akurat trafiła na żyzną glebę i dość szybko wypuściła plony. Tak jak wspominałam na początku, ona po prostu mnie szukała dotąd aż ją wzięłam i załatwiłam to co przeszkadzało mi w życiu iść dalej.