Spotkałam się ostatnio z koleżanką, która ma za sobą poważną chorobę swojego małego dziecka. Od najbardziej tragicznego momentu minęło już kilka lat, ale kiedy nadchodzi kontrolny dzień cała trauma do niej wraca. Nasze spotkanie zbiegło się z tym terminem, który ona wolałaby przespać.

Dużo opowiadała o tym co przeżyła i o tym, że jak się już się to wszystko skończyło to przyszedł moment głębokiej depresji. Rozważała pójście do psychologa, psychiatry czy innego magika ale po chwili ściszonym głosem mówi, że pomogła jej wiara.

Spojrzałam jej prosto w oczy, a ona szybko zaczęła się tłumaczyć, że nie to, że jest jakimś katolem, nie, nie, tylko po prostu chodzi do Kościoła.

I wtedy przyszło do mnie pytanie, dlaczego ludzie wstydzą się wiary, kościoła, Boga?

Nie wstydzą się nosić na ręku kawałka czerwonego sznurka (Kabała), nie wstydzą się opowiadać o tym jaki buddyzm jest cudowny, nie wstydzą się opowiadać, że joga stała się sensem ich życia. Ale wiara w Boga wypowiadana jest po cichu, tak by nikt nie usłyszał.

Argumentów na to można szukać wszędzie, a najszybciej wśród moherowego towarzystwa, do którego nikt z młodego pokolenia nie chce się upodobnić, chociaż prawdopodobnie 90% tego towarzystwa ma moherowych dziadków, których dumnie pokazują w swojej fejsbookowej krainie z adnotacją „moja kochana babcia”, „najlepsze na świecie pierogi mojej babci” itp. Szydząc z Kościoła szydzą też ze swoich bliskich, chociaż pewnie akurat ich babcia i dziadzia są zupełnie inni. Pewnie jeżdżą na wrotkach i grają w klasy 😉

Drugi argument, który przychodzi mi do głowy to to, że Kościół można postrzegać jako zacofaną instytucję. I rzeczywiście z jednej strony trudno się z tym nie zgodzić, ale z drugiej pochopne i szybkie zmiany zastosowane w Państwie zaprowadziły nas na dno naszej cywilizacji. Otwarcie na wszystko co zza zagranicy powoli zaczyna odbijać nam się czkawką. Nie jeden człowiek wolałby mieć w sklepie dwa rodzaje serów, a nie dwadzieścia. Mnogość i dostępność do wszystkiego zaprowadziła niektórych przed ołtarze pseudo psychologów. Dlatego pomimo, że Kościół ma przestarzałe schematy, a zmiany zachodzą tu jak na kolei PKP to jest w tym chyba jednak jakaś logika.

Trzeci argument to sam Bóg i wiara w niego. Nie ukrywam, że sama mam z tym problem, bo mam uwierzyć komuś kogo nie znam, kogo nie widziałam? Ale taka jest właśnie definicja wiary, że wierzy się sercem, a nie rozumem. Tak jak Buddyści wierzą w reinkarnację, a inni w energię z kosmosu tak samo wygląda wiara w Boga.

Wymieniłam trzy argumenty dlaczego ludzie wstydzą się głośno mówić, że chodzą do Kościoła czy, że wierzą w Boga. Od razu starałam się je zbić i udzielić odpowiedzi. Może żeby uwierzyć trzeba się porządnie potknąć albo zobaczyć beznadziejność sytuacji? A może, żeby uwierzyć trzeba szeroko otworzyć oczy i ujrzeć cud, który dzieje się dookoła nas. Każdego dnia.