Czy dostałeś od życia ostatecznie to czego chciałeś? Dostałem. A czego chciałeś?

Wiedzieć, że jestem kochany. Czuć, że ktoś na tej ziemi mnie kocha

Cytując te słowa Alejandro González Iñárritu zaczyna swój film „Birdman”. Czemu akurat od nich? Niby prosto na to odpowiedzieć ale nie do końca.

Postać głównego bohatera grana przez Michaela Keatona nam w tym nie pomaga. Bo jak nazwać to, że  niegdyś słynny z roli superbohatera (tytułowego człowieka-ptaka) aktor czuje w życiu wielki niedosyt i pragnie tylko jednego. Stworzyć sztukę na Broadwayu przez wielkie „S“. Być doceniony za coś więcej niż tylko za rolę wielkiego ptaszyska.

birdman_still_3

W tej roli Keaton znalazł się nieprzypadkowo. Fani Batmana wiedzą o czym mówię. On sam bowiem żył przez wiele lat w jednej szufladzie. Szufladzie niezłomnego człowieka nietoperza z której postanowił wyjść. Po tej decyzji jednak drzwi do wielkiego kina dla niego się zamknęły.

Podobnie jest z fikcyjnym Birdman-em, który zmaga się nie tylko z przebrzmiałą popularnością ale również z tym, żeby ktoś go pokochał za coś bardziej ambitnego. Walczy ze swoim Ego,wewnętrznym głosem, które na każdym kroku pragnie go stłamsić, wręcz „chodzi“ za nim i daje do zrozumienia, że po co mu ambicjonalne plany, że ludzie pragną kolejnego Birdman-a a nie „przegadanego, depresyjnego i filozoficznego gówna“.

Chore Ego ma po części rację mnożąc swoje wywody, że ludzie kochają krew i akcje nazywając takie kino apokaliptycznym porno i na koniec przekonując aktora, że tą jego postacią ratuje widzom życie od ich żałosnych żywotów.

Do głosu dochodzi również filmowa córka aktora (Emma Stone) kwitując jego wewnętrzne rozterki krótkim stwierdzeniem:

„Jesteś przerażony tym, że jesteś nieważny

Ty nie jesteś ważny przywyknij do tego“

I te słowa stają się kluczowe nie tylko dla Keatona ale również dla każdego z nas. Bo czyż nie codziennie przemawia do nas nasze wewnętrzne chore Ego? I mówi: chcę być ważny. A tak naprawdę chodzi o to, że chce się być kochanym i tyle. Cała prawda i wyzwanie.

A jak to wszystko się ogląda? Przede wszystkim płynnie i niebanalnie. Przebiegamy przez korytarze Broadwayu jakbyśmy tam pracowali. Słysząc co i rusz wewnętrzny głos głównego bohatera nie popadamy w jego paranoję. Wręcz się z nią utożsamiamy i nie zamykamy się w jego szaleństwie.

61776_1.10

Podziwiamy aktorski kunszt. Bo to co robią Michael Keaton z Edwardem Nortonem naprawdę zasługuje przynajmniej na nominację do Oskara a może na coś więcej. Zwłaszcza, że samo zakończenie ujmuje, zmieniając jednym ujęciem całe postrzeganie filmu.

5