W niedzielę odbył się finał kulinarnego programu MasterChef Junior. Powiem szczerze, że kiedy usłyszałam, że będzie polska edycja to ostro zacisnął mi się żołądek. Zaraz pomyślałam o tych odpadających dzieciach. Ale taka jest formuła programu i nikt jej nie zmieni. Myślałam o tym co będą przeżywać te biedne małe szkraby. Przecież dla nich to musi być ogromny stres. Łzy, porażka, odtrącenie. Kurcze ależ ja byłam niemądra.

Z programu zapamiętałam wiele dzieciaków. Zapamiętałam też momenty kiedy coś im nie wychodziło i rękawem czystej bluzeczki wycierali łzy i cieknący nos. Jak odpadali płacząc przy tym rzewnie chociaż za chwilę w tak zwanych „setkach” mówili, że są z siebie dumni i że to była ich największa przygoda życia.

39cfbea1-6714-4bb8-aa0f-c349d3e7ec55

Pamiętam jak jedna z dziewczynek w ramach wygranej konkurencji miała przydzielić kolegom i koleżankom mięso, z którego będą gotować danie. Zaskoczyła mnie totalnie kiedy rozdając zadania kierowała się tym co ktoś lubi robić. Pamiętacie co robili dorośli w normalnym MasterChefie? Kombinowali tak, aby dać daną część mięsa osobie, która kiepsko sobie z tym poradzi.

Każdy odcinek oglądałam więc z otwartą buzią zastanawiając się od jakiego momentu naszego rozwoju ludzkie odruchy jak empatia i chęć pomocy zastępują rywalizacja i chęć zemsty?

W sumie nie ma nic niesamowitego w postawie tych dzieci, ale patrząc na to rozumiesz, że świat w którym żyjesz jako dorosły rządzi się innymi prawami. Musisz ciągle kombinować aby wyeliminować gracza. Musisz ciągle udowadniać, że jesteś lepszy, musisz ciągle być w gotowości, żeby nikt Ciebie nie przeskoczył.

Świat dorosłych jest skomplikowany i brzydki. Świat dziecka jest szczery i niewinny. Gdyby dorosły w naszych czasach postępował jak te dzieci wszyscy nazwaliby go naiwniakiem. Można powiedzieć, że byłby nieudacznikiem, a wszyscy dookoła by go wykorzystywali.

Dziwne, prawda?

Pamiętam jeszcze jedną fajną sytuację. Któryś z dzieciaków wiedział, że nie wyrobi się w czasie. Zaczął więc od łez większych niż groch, założonych na pierś rąk i buntu, że na pewno mu się nie uda.

Nie minęła chwila kiedy obok niego stała już mała grupka pracowitych rączek, głaszcząc go po głowie, żeby się nie martwił i oferując swoją pomoc. Widzieliście coś takiego w dorosłym świecie? Jeśli tak to zapewne to był ewenement, który potem hulał po internecie udostępniany przez miliony z dopiskiem „niesamowite”, „jednak są dobrzy ludzie”.

No właśnie o to chodzi, że na świat przychodzimy jako dobrzy ludzie, ale z czasem stajemy się źli. I najgorsze, że za to odpowiadają nasi rodzice, którzy uczą nas jak „przeżyć”. Pokazują nam, że w życiu trzeba walczyć. Że jak Ci dokucza kolega to musisz mu oddać i absolutnie nie możesz pokazać, że jesteś słabszy. Zamiast uczyć, że zło to jest zło i nie należy tego czynić, uczą jak złem odpowiadać na zło.

Uczą, że musisz być najlepszy w stopniach, w sporcie, w zajęciach dodatkowych. Pokazują dzieciom nieznany świat manipulacji, rywalizacji i gonitwy za tym czego i tak w życiu się nie złapie. Bo w głębi duszy każdy człowiek w czymś jest pierwszy a w czymś jest ostatni.

Kończąc ten tekst posłużę się cytatem Alana Rickmana:

„Pamiętasz ten moment, kiedy ja­ko dziec­ko, w wieku koło sied­miu lat, ma­lujesz ob­ra­zek i niebo to niebies­ki pa­sek u góry kar­tki? I wte­dy przychodzi ten mo­ment roz­cza­rowa­nia, kiedy nau­czy­ciel mówi ci, że tak naprawdę niebo zaj­mu­je cała wolną przes­trzeń na ry­sun­ku. I to jest ta chwi­la, kiedy życie zaczy­na być coraz bardziej skomplikowane i nieco nud­niej­sze, po­nieważ za­malo­wywa­nie kar­tki na niebies­ko jest raczej nużącym zajęciem.”