O tej książce słyszałam zanim w ogóle pojawiła się na księgarnianych półkach. I jak tylko wyszła runęły na nią same pochwały. Jakby na ludzi padł czar zgody i wszyscy zaczęli mówić jednym językiem szczęśliwości.

554e0a6bd8f38_o

Na fejsie czytałam, że zajebista, że każdy musi to przeczytać, bo lać ze śmiechu można. Mnie niestety ani nie porwała, ani nie rozśmieszyła. Przeciwnie długo szukałam w niej sensu i niestety nie dane mi było go znaleźć.

Możliwe, że ta książka ma ukrytą głębie, ale ja jej nie potrafię odnaleźć.

W życiu bohatera oprócz pieprzenia wszystkich koleżanek, cioć, nauczycielek syna rzadko pojawiają się jakieś głębsze refleksje. No przepraszam, jest jedna…uważa się za Boga.

Całe szczęście, że Saramonowicz ma chociaż jedną świętość, że przyjaciele nie dymają swoich ex żon. Reszta to już czysta brawura i fantazja.

Poniżej kilka rzeczy, które w tej powieści mnie bolą:

Po pierwsze:

O ile nie miałam problemu wbić się w klimat panujący w książce, o tyle już gorzej znosiłam przemyślenia bohaterów napisane inną czcionką, bez znaków interpunkcyjnych.

Musiałam wracać do słów, a brak płynności przy czytaniu niemiłosiernie irytuje i wybija z rytmu. Nie ukrywam, że kiedy na stronie widziałam zmienioną czcionkę zaczynało mnie to drażnić co później powodowało, że omijałam niektóre wersy.

Nie wiem czemu to miało służyć, szczególnie ten brak interpunkcji. Może autor na siłę chciał pokazać obraz myślenia. Bo niby myślimy nie używając przecinków i kropek. Dla mnie błąd.

Po drugie:

Książka aż się cała rusza od odbytych stosunków, przelecianych lasek i mężczyzn. Niestety wszystko tu sprowadza się do bzykania i trudno o większą głębie.

Do tego wszyscy bluzgają na czym świat stoi, a jak nie bluzgają to się pieprzą.

I taka właśnie treść.

Po trzecie:

Autor od samego początku demonstruje swoje uczucia wobec Kościoła. Nie robi tego delikatnie, tylko na chama. Poprzez swoich bohaterów przemawia do tej „ociemniałej” reszty społeczeństwa.

Początkowo zastanawiałam się czy mnie to uraziło, ale później pogodziłam się z tym i brnęłam przez te fragmenty jak ślepy i głuchy.

Po czwarte:

Mniej więcej po pięćdziesięciu stronach zaczęłam notować irytujące i niezrozumiałe fragmenty np:

 – Jasne, Nina, ja też jestem sfrustrowany, że nam się nie udało – zaświergoliłem tonem, na którym Blikle mógłby zbić majątek w Tłusty Czwartek.

Nie porwała mnie ta literatura wcale a wcale. Liczyłam, że nie będę mogła oderwać się od tego, tymczasem w zasadzie czytałam trochę na siłę omijając świadomie niektóre treści. Książka pokazuje brutalną męską rzeczywistość, w której rządzą podstawowe instynkty gdzie miłość się zdarza. Autor daje odczuć, że na dłuższą metę stałość uczuć nie leży w męskiej naturze.

Główny bohater czasem jawił mi się jako David Duchovny z Californication, a innym razem jako zagubiony i nieszczęśliwy Misiu Rysiu.

Nie polecam ale też nie odradzam. tej lektury. Ale jak to się mówi pierwsze śliwki robaczywki.

Saramonowicz zapewne nie poprzestanie na tej jednej książce. Jeśli usłyszy wszystkie negatywne sygnały z rynku to jest szansa, że kolejną książkę będzie się czytać z wypiekami na twarzy.

Życzę mu tego serdecznie