Śmierć, choroba najbliższych to tematy na które niechętnie udajemy się do kina. Mamy wystarczająco dużo swoich problemów, żeby dodatkowo dołować się przed ekranem. Zwłaszcza, że tego rodzaju filmy często skupiają się na szantażu emocjonalnym zapominając o równowadze tak delikatnych uczuć.

W związku z tym trudno mi sobie przypomnieć kiedy ostatnio ten bolesny temat został przestawiony w tak tragikomiczny sposób jak w ostatnim dziele Kingi Dębskiej „Moje córki krowy“.

Sam tytuł nakierowuje nas na komedie choć historia jest o umieraniu. Jednak umiejscowiona została gdzieś miedzy śmiechem, a łzami co sprawiło, że oglądało ją się bez zbędnego sentymentalizmu.

Mamy dwie siostry. Jedna to odnosząca sukcesy aktorka grana przez Agatę Kuleszę. Jest silna, dominująca i momentami zimna. Druga to nauczycielka (Gabriela Muskała). Mniej obrotna czterdziestolatka z skłonnościami do infantylizmu. Jej małżeństwo jest dalekie od ideału bo jej mąż (Marcin Dorociński) to nieudacznik wiecznie poszukujący pracy.  Relacje między kobietami trudno nazwać dobrymi. Wzajemne obwinianie się ich o wszystko to chleb powszedni. Obie łączy jedna cecha. Są niezadowolone z życia.

Ciężka choroba matki zmusza jednak siostry do wspólnego działania co sprawia, że powoli zbliżają się do siebie. Potęguje to jeszcze nagła choroba ich ojca (Marian Dziędziel) , który nie może poradzić sobie z brakiem ukochanej małżonki.

Historia co prawda jakich wiele. Jednak sposób jej ukazania sprawia, że nie więdniemy przed ekranem z nadmiaru nieszczęść. Ja wręcz potrafiłem się momentami dobrze bawić mimo, że co któraś scena odbywa się w szpitalu.

Widok roznegliżowanego, biegającego po szpitalnych korytarzach Mariana Dziędziela daje odetchnąć od respiratorów i innych tego typu urządzeń. A co wyprawia Marcin Dorociński? Kto powiedział, że musi on grać tylko twardzieli i amantów? Dobrze, że jest on postacią drugoplanową bo istniałoby ryzyko, że mógłby skraść nią cały film. Jego grzywka i nonszalancko – niemotowaty sposób bycia cofa go do… lat szkolnych 😉

h42szbvk3zrot21wnt93

Jest zabawnie i jest smutno i łzawo jak to w prawdziwym życiu. Ale bez tanich wzruszeń, bez napinki. Trudno coś zarzucić temu obrazowi.

„Moje córki krowy“ to wariacja na temat współczesnej, zwykłej rodziny. Bez patologii. Być może głowa rodziny jest w odrobinie despotą i do córek czasami zwraca się „ty krowo“ ale jest to tylko jego dziwny sposób okazywania miłości bez rozpieszczania i nadmiernego zachwytu.

Bo taki jest cały film. Nie rozpieszcza, nie zachwyca ale daje smak relacji rodzinnych takich jakie są w rzeczywistości.

 5